Fantastycznie było posłuchać wczorajszego „lajwa” gitarzystów G3! Steve Vai, Joe Satriani, John Petrucci – idole mojej młodości! Ta, młodości! Do teraz ich uwielbiam! W dodatku miałem okazję słuchać ich wszystkich na żywo!
Na występ Steva do Warszawy jechaliśmy z moim kumplem Arturem i ekipą. Ten koncert zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Byłem wtedy w liceum. Muzycznie wszystko się zgadzało, a do tego jeszcze doszedł świetny kontakt z publicznością (sala kongresowa ułatwiała) i dbałość o show – z której to dbałości „Stefan” słynie. Z tym wspomnieniem wiąże się jeszcze jedna historia (którą w kontekście wczorajszego dnia dziecka tym bardziej chcę przytoczyć). Wróciliśmy późno w nocy – wchodzę po cichu do domu, żeby moim uskrzydleniem nikogo nie zbudzić, a tu wita mnie mój Tata na pełnym czuwaniu. Ja zdziwiony, ale tylko trochę, bo po koncercie unosiłem się tak z 10 cm nad ziemią, pytam: – nie śpisz? A tata: – „Nie! Musiałem zobaczyć jakie wrażenie zrobił na Tobie ten koncert!”
No – wzrusz totalny jak to piszę teraz! I wdzięczność!
Idąc dalej. Na koncert G3 jechaliśmy też do Wawy (tyle, że na Torwar) razem z siostrą Marysią (ach, się miało ten wpływ na gust muzyczny młodszego rodzeństwa) i Marcinem. Wyjechaliśmy dużo wcześniej i udało się zająć miejsce przy samych barierkach. Wtedy też usłyszałem pierwszy raz na żywo Satrianiego. Pamiętam, że jak wyszedł na scenę – już po Vaiu i Frippie (który tym razem tworzył G3) to zaczął z taką energią (chyba Summer Song), że natychmiast publiczność przysunęła się do sceny o 2 metry – razem z barierkami!
Petrucciego na żywo usłyszałem dużo później – poczekałem, aż przyjedzie do Katowic (wygodny się człowiek robi z wiekiem). Ten koncert zawdzięczam znów Arturowi i Andrzejowi. Ze Spodka najbardziej pamiętam laserową precyzję Johna, i ….laserową precyzję specjalisty od oświetlenia – będąc bardzo niedaleko „reżyserki”, podziwiałem Go jako pełnoprawnego członka zespołu Dream Theather, który z pełnym zaangażowaniem i energią nie mniejszą niż pozostali na scenie członkowie zespołu, „grał”
niesamowicie za pomocą…świateł! Wtedy też dotarło do mnie, że Petrucci nie bez przyczyny musi dbać o formę fizyczną (dobrze przypakowany na tej scenie był!) – bo 2,5 godziny nieprzerwanego show to nie przelewki! W tym godzinna część, zawierająca utwory z mojej ulubionej płyty „Scenes from a memory”!
Wczorajszy – sentymentalny dla mnie – lajw, też w jakiś sposób mnie poruszył – nie dość, że uruchomił całą lawinę pięknych wspomnień, to jeszcze dał do myślenia! Gdy John Petrucci mówi, że przy Vaiu i Satrianim uczy się na scenie pewności siebie (będąc w biznesie muzycznym od dziesięcioleci), a Satriani z wypiekami na twarzy opowiada jak jara się muzyką gitarzystów młodego pokolenia słuchając ich na Instagramie i pokornie przyznając, że nigdy tak nie zagra!
Panowie – dziękuję! Nadal się od Was uczę!





