Pewnie się domyślasz, że na życie muzyka składa się dużo spotkań z nowymi ludźmi – muzykami, publicznością, organizatorami, realizatorami, technikami, klientami, parami młodymi – i to jest super! Jest też dużo występów, podróży, które wielokrotnie niosą ze sobą przeróżne przygody.
Często w życiu koncertowym, oprócz samego występu, na którym wyjątkowo dobrze się grało (było to coś, magia, no po prostu „żarło”), zdarza się coś nietypowego, czasem zabawnego, ciekawego, zaskakującego. Nie zawsze to jest w tym momencie przyjemne, ale wspomnienia zostają i z reguły tworzą wręcz zasób – w nowej sytuacji dałem sobie radę, albo wręcz dowiedziałem się, że mam jakiś ukryty potencjał.
Tak też było na jednym z koncertów w tym roku (jakieś 400 km od Katowic) z wokalistką i zespołem.
Taka sytuacja: mamy wychodzić na drugą część koncertu. Pierwsza bardzo udana, w przerwie rozdanie nagród, przemowy itp. Już nie pamiętam co to była za okazja – jubileusz firmowy (chyba 50-lecie znanej firmy). W każdym razie – nasza wokalistka poszła się przebrać, korzystając z przewidywanej długiej przerwy. Część galowa rozegrała się zaskakująco szybko, nagrody dla najlepszych pracowników wręczone. Przemowy wygłoszone. Konferansjer już zapowiada drugą część naszego występu, brawa! A wokalistki…nie ma.. No nic – wychodzimy, chwilę zajmie podpięcie – może przybiegnie. Nie przybiega! Stoimy na scenie, cisza, wyczekiwanie publiczności (to wszystko trwa oczywiście sekundy, ale nie na scenie – na scenie czas może płynąć bardzo wolno – czasem jak na slow-motion). Zastanawiam się co robić – rzucam chłopakom cicho – Blue Bossa (instrumentalny standard, popularny na studiach, który swoją drogą bardzo lubię. Tu posłuchasz w znakomitym wykonaniu świetnego Joscho Stephana https://youtu.be/e52twpj_zxk?si=V_G3qK_MqSY319Bf). Znakomici fachowcy, z którymi mam zaszczyt występować, od razu, w locie kumają o co chodzi. Zagramy instrumentalny utwór! Zaczynamy i gramy sobie wesoło, trochę oczekując, że wokalistka przyczai się za kulisami i po piosence wejdzie na scenę, a trochę po prostu bawiąc się muzyką (w sumie rozpoczęcie koncertu utworem instrumentalnym, to niezła praktyka – zbudowanie oczekiwania w publiczności i gradacja napięcia). Gramy sobie więc radośnie do końca piosenki. Brawa i ….nic! Wokalistki DALEJ NIE MA! Decyduję się podejść do mikrofonu – będę nawijał ile się da, może trzeba będzie zagrać jeszcze jeden utwór? No to gadam (czyli praktyka konferansjera się jednak przydaje!), opowiadam o zagranym utworze, o naszych muzycznych początkach (skleja się z eventem, bo to też świętowanie i wspominanie początków firmy), o tym, że Blue Bossa często jest jednym z pierwszych standardów jakich uczą się studenci. A z tyłu głowy myśli: no ile ja jeszcze mogę tak mówić? Co zagramy? Czy ryzykować już wstęp do następnego utworu, w oczekiwaniu, że wokalistka się pojawi? A jeśli nie, to ile ten wstęp możemy grać? Więc może jednak inny utwór? Jaki? Pewnie jakiegoś bluesa – to zawsze możemy odpalić i na pewno fajnie wyjdzie! Dodajmy, że z perkusistą widzę się tego dnia po raz pierwszy w życiu i gramy materiał bez żadnej próby! Nawijam cały czas, a w tle te wszystkie pytania.. W tym momencie – pojawia się Ona, cała na…czarno akurat. Ale idzie przez środek sali – robi dobre wejście i przejmuje publiczność. Potem się okazało, że nie było już przecież czasu, żeby z garderoby przejść naokoło za kulisy, tylko trzeba było jak najkrótszą drogą. Efekt jest znakomity – jakby wyreżyserowany i przemyślany! Mocne wejście, i dalej gramy już pięknie do końca z naszą wokalistką – koncert kończy się sukcesem!
Mam nadzieję, że czytanie tej historyjki dało Ci chwilę przyjemności:) Mam takich przygód w swoim życiorysie dużo więcej. A! Jakiś czas temu, jak wracałem po występie w nocy do hotelu…. Ale to już zostawię może na następny raz:)





