W październiku 2024 r. dużą muzyczną inspiracją i w ogóle jednym z jasnych punktów (highlight of the month) okazał się koncert Bryana Adamsa w Łodzi (piątek 11-go), na który wybrałem się z moją żoną. Właściwie to Ola jest większą ode mnie fanką Bryana – słuchała Jego kaset (heh), podczas gdy ja zachwycałem się Metallicą i Joe Satrianim.
Szczerze? Na ten koncert niezbyt chciało mi się jechać! Jako muzyk i tak sporo się najeżdżę po Polsce, a w dodatku dopiero co (w grudniu) Adams był w pobliskich Gliwicach, a teraz mam za Nim jechać taaaaak dalekooooo!? Kto tam u Niego w ogóle gra na gitarze…??
No, ale cóż, bilety kupione, nadeszła wyznaczona data – trzeba startować! Trasa w piątkowe popołudnie nie była łatwa – wiadomo – totalne korki, ludzie spieszą się do domu po tygodniu pracy, albo już uciekają gdzieś na weekend. Po drodze jeszcze zasilająca kawka – do której też trzeba było czekać jakoś dłużej niż zwykle. W końcu – dotarliśmy! Jeszcze małe nieporozumienie z nawigacją – jedno dodatkowe kółko przy Atlas Arenie. Parking na Carrefour – znów kolejka i to nie krótka – tym razem do jedynego parkometru. Dyskusja z ochroniarzem parkingu, 15 zł i szybki marsz przez park. Było już po 20. No trudno – pomyślałem – pewnie opuścimy pierwsze numery (co On tam ma za hity oprócz Everything I do i Please forgive me?). Przedarliśmy się przez bramki, weszliśmy na wypełnioną po brzegi halę. Uff – jeszcze nie zaczął.
Chwilę później zgasły światła! Owacja! Podkład muzyczny i tekst na telebimie (piski ludzi). Lektor filmowym głosem zaczyna budować historię, coś w stylu: „Bóg stworzył świat i czegoś na nim brakowało – MUZYKI ROCKOWEJ! Wtedy zstąpił Anioł..” i w tym momencie wchodzi Bryan cały na biało! (serio!) – blask świateł, mocne gitarowe riffy, dwie olbrzymie dmuchane piłki wykopane na publikę, która zaczyna się bawić. A mnie jakby ktoś w sekundę naładował baterie! Wraca energia, uśmiech sam wypełza na twarz – siła i moc muzyki mnie porywa!!! Bohater wieczoru (64 lata!) jest w świetnej formie pod każdym względem (Wokalnie wszystko działa – nie ma żadnego oszukiwania). Zaczyna z gitarą basową, w trakcie koncertu sięga też wiele razy po gitarę elektryczną – wtedy partę basu przejmuje klawiszowiec obsługując lewą ręką MOOGa (analogowy syntezator). A na akustyku Bryan kończy koncert – grając i grając utwór za utworem, tak jak zapowiadał na początku: „Nagrałem 16 płyt – to będzie długi wieczór!” I naprawdę daje mi wrażenie, że nie odbębnia, że jest tu dla publiczności! Dostaję to po co przychodzę – podczas utworu Here I am, mam znany sobie moment wzruszenia, takie doświadczenie spokoju, jedności z ludźmi i muzyką, radości (katharsis jak nic!). Stan typu: „jestem w pełni obecny właśnie tu, w tym momencie (Here I am!), i nie chcę być nigdzie indziej!”. Pojawienie się takiej chwili, takiego przeżywania, to dla mnie osobisty papierek lakmusowy, że było warto pojechać, że będzie warto wracać i zarwać trochę snu (zresztą – wracałem uskrzydlony, przesłuchując listę utworów Adamsa na Spotify), bo wymówek, żeby nie chodzić na koncerty jest wiele – życie jest szybkie, codzienność wymagająca, bilety drogie, zmęczenie itd. Ale, warto! Naprawdę warto chodzić na koncerty!
„Muzyka zmywa z duszy pył codziennego życia.” – Berthold Auerbach
Ciągle się o tym przekonuję, potem zapominam i znów sobie przypominam! A jak to inspiruje! Jak się od razu chce ćwiczyć na gitarze! Inaczej też się później samemu występuje na scenie! I dlatego, planuję oczywiście udział w kolejnych koncertach, a wrażeniami nie omieszkam się z Tobą podzielić!
Ps. Aha, no to jaki gitarzysta gra u Bryana Adamsa? Okazało się, że od zawsze towarzyszy mu ten sam człowiek – Keith Scott, który zagrał m.in. tą piękną (chyba już kultową) solówkę (podrzucam link z tabulaturą)
https://www.soundslice.com/slices/D1LMc
Ktoś powiedział o Nim, że jest bardzo niedocenianym gitarzystą dzisiejszych czasów. Ja myślę, że po prostu świetnie wpisuje się w band, riffy są idealnie sklejone z resztą zespołu. Być może mi osobiście trochę na koncercie zabrakło dosłownie paru wirtuozowskich zagrywek, ale z drugiej strony, był to świetny odpoczynek od gitarowego shredu, którym algorytmy mnie ostatnio otaczają. I konkluzja, że wybranie tych kilku najlepszych dźwięków podczas solówki – robi robotę. W ogóle, taką energię i show zrobić w 4 osoby na scenie! To jest bardzo imponujące!
A! Super moment też był, jak poduszkowiec(!) z napisem „So happy it hurts” krążył przez kilka piosenek tuż nad nami. No właśnie „Szczęśliwy, aż boli” to jakże adekwatna moim zdaniem, nazwa trasy, której koncert był częścią!
Tutaj zobacz sobie fragmenty, które udało mi się nagrać:
https://www.instagram.com/s/aGlnaGxpZ2h0OjE4MDEwNzQ5NjQ3NjQyNjYy?igsh=bHZzamV1Mzl2dXF5





